1. stycznia to idealny czas, żeby napisać felieton. Stary rok za nami, odcięty grubą kreską podczas wczorajszych przyjęć, imprez i imprezek. Nowy rok to tabula rasa, można bezkarnie przewidywać same dobre wydarzenia i podejmować noworoczne wyzwania.
Ja mam dosyć jasno i precyzyjnie określone plany i oczekiwania, o których nie ma co pisać, bo lepiej je po prostu realizować. Mam za to jedno życzenie, dla siebie i dla wszystkich. Życzę sobie i Wam zakazu strzelania fajerwerkami w Nowy Rok przez osoby prywatne, poza zorganizowanymi pokazami pirotechnicznymi, zabezpieczonymi w odpowiedni sposób i przeprowadzonymi przez fachowców z uprawnieniami. Wielka burza w komentarzach za… 3… 2… 1… Już!
Do komentarzy oburzonych „wolnościowców” (bo to one są zazwyczaj najbardziej wesołe i ciekawej treści) jeszcze powrócę. Najpierw zajmijmy się samym zjawiskiem noworocznego bum bum. Nie jestem specjalistą, sięgnąłem zatem do wiedzy nabytej przez naukowców zajmujących się tematem. Skąd zatem w człowieku taka chęć do wysadzenia w powietrze plastykowej butelki przy użyciu petardy, wystrzelenia w powietrze świszczącego pierdka z papierowej tutki, narobienia hałasu i wytworzenia smrodliwej chmury siarkowych spalin? Dlaczego daje to wielu osobom taką radość?
Naukowcy mają na te pytania bardzo konkretne odpowiedzi. Otóż ma tu miejsce kombinacja dwóch czynników. Najpierw w wyniku „odpalenia bomby” dochodzi u odpalającego do nagłego skoku adrenaliny i ogromnego pobudzenia. A ponieważ odpalający wie, że to tylko pokaz, a „bomba” jest bezpieczna, mózg jego szybko uspokaja sytuację, uwalniając dużą porcję dopaminy – hormonu przyjemności. I to właśnie ta nagła zmiana od napięcia do euforii sprawia, że odpalający odczuwa taką ekscytację. To wyjaśnienie z poziomu biochemii funkcjonowania organizmu ludzkiego, a jednak dające nam odpowiedź na pytanie o motywację dużych mas ludzkich do pirotechnicznych ekscytacji. Oczywiście, do tego można dodać kolejny bardzo znaczący czynnik. Ilość wypitego w noc sylwestrową alkoholu bardzo zwiększa podatność na fajerwerkowe pokusy. Efekty kombinacji tych czynników widzimy co roku 1. stycznia na naszych ulicach.
Obrazek co roku ten sam. Każdy plac, skwer, skrzyżowanie na terenie miasta, przyozdobiony resztkami odpalonych wulkanów, ognistych fontann, wyrzutni rakietowych z tektury i butelkami po alkoholu. Wśród tych niewątpliwie atrakcyjnych wizualnie instalacji, gdy nastanie ranek, łażą niedobitki imprezowiczów, szukający sensu życia. Służby porządkowe pojawią się dopiero 2. stycznia i wtedy rozpocznie się sprzątanie. Pewnie w kilku miejscach coś spłonęło, albo uszkodzeniu uległ jakiś samochód, ale winni są nie do ustalenia, więc wszyscy mają to w głębokim poważaniu. Tak było zawsze, jest i będzie.
Część ludzi, po osiągnięciu w pewnym wieku wystarczającego poziomu rozwoju intelektualnego i emocjonalnego, zaczyna się zastanawiać, czy to strzelanie ma jakikolwiek sens inny niż zaspokojenie tych, opisanych przeze mnie, prymitywnych żądz naszego organizmu. I zazwyczaj, w wyniku swoich przemyśleń, osoby te zaprzestają uprawiania fajerwerkowej rozpusty. Nieskromnie przyznam, że zaliczam się do tego szczęśliwego grona. A ponieważ jestem osobą znaną z umiarkowanych sądów i rozwagi głoszonych poglądów (o czym mogą zaświadczyć ludzie, którzy mnie znają 😉), nie postuluję całkowitego zakazu sprzedawania, kupowania i używania fajerwerków dla wszystkich.
Według mnie, tym zakazem powinny być objęte jedynie osoby nie mające uprawnień do obsługi pirotechniki i nie prowadzące działalności z pirotechniką związanej. Jak kręci cię „odpalanie”, zrób sobie uprawnienia, załóż firmę organizującą pokazy i droga wolna. Jeśli nie ma na to szans, zrób z kumplami zrzutkę i zamiast wydawać setki złotych na marketowe, albo straganowe fajerwerki, wynajmijcie razem fachowca, który zrobi wam bezpieczny i efektowny pokaz z prawdziwego zdarzenia.
A teraz wróćmy do komentarzy, które zapewne pojawią się pod tekstem. Nie. Zakaz, o którym napisałem, nie ogranicza niczyjej wolności i nie jest zamachem na konstytucyjne prawa Polaków. Wasza wolność do robienia głupich rzeczy jest wam przypisana od narodzin aż do śmierci. Jednak jej granica przebiega w miejscu, gdzie zaczyna się prawo każdego innego człowieka do bycia bezpiecznym, prawo do spokojnej egzystencji w noc sylwestrową. O prawach zwierząt nawet nie wspominam, bo przecież kogo jak kogo, ale „wolnościowców” prawa zwierząt raczej nie obchodzą.
Kończąc ten felieton, do życzenia z drugiego akapitu dodam jeszcze tradycyjny zestaw. Bądźcie zdrowi, szczęśliwi i spełniajcie swoje marzenia.
UWAGA! Poglądy prezentowane przez felietonistów w dziale „Opinie” nie są oficjalnym stanowiskiem redakcji wGoleniowie.pl, a ich subiektywną oceną komentowanych wydarzeń.





